To nie moje – ja korzystam. Refleksje w wynajętym aucie.

„To wynajęte auto…”
Wynajęłam auto.
Ot, tak jak to się robi – aplikacja, kod, klik i jedziesz.
Nie miałam jakiegoś szczególnego życzenia
– miało byś blisko mnie, w zakresie cenowym i miało mnie przewieźć z A do B.
Nic wielkiego – niby.
Kiedy otworzyłam drzwi… zamarłam się a świat zatrzymał.
Brudne fotele. Kurz na kokpicie. Zacieki od czegoś na konsoli środkowej.
Zapach nieokreślony, ale zdecydowanie nieprzyjemny.
Zupełnie jakby ktoś przed chwilą wyszedł, zostawiając tu niemo krzyczące znaki intensywnego eksploatowania. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co tu się działo.

Swojego samochodu nie umiałbym doprowadzić do tego stanu.
Ba – nie wsiadłabym – gdyby mój samochód tak wyglądał.
Jeśli już by się tak zadziało (nie wiem jak?) to pojechałabym prosto do myjni.
Wstydziłabym się nim podjechać gdziekolwiek indziej – choć do myjni tez byłoby mi wstyd.
Ale…
To nie jest moje auto!
To tylko środek transportu.
Mam cel do załatwienia. Robię zdjęcie wnętrza – bo właściciel pyta o stan…
Przymykam oko na zastałą sytuację. Wsiadam.
Wyciągam nawilżana dezynfekującą chusteczkę, przecieram kierownicę i inne akcesoria.

Ruszyłam… w głowie uruchamia się ten wewnętrzny dialog, który zawsze zaczyna się niewinnie:
„Dlaczego ja się godzę na coś, co nie spełnia mojego standardu?”
No właśnie dlatego: bo to nie moje.
Nie mój problem.
Nie moja odpowiedzialność.
Nie moje zadrapania przy klamce, nie mój kurz, nie mój wstyd (próbuję racjonalizować).
A jednak — korzystam.
W pośpiechu oceniam w aplikacji czystość („brudno”), komfort jazdy („słabo”) i jeszcze dorzucam zdjęcie na „dowód”.
Przetarłam to czego dotykam i z czego korzystam.
Nie po to, żeby coś poprawić – tylko żeby się odciąć.
Żeby ktoś inny się tym zajął. Ktoś, kto za to odpowiada. Ktoś, kto jest właścicielem.
I tu robi się gęsto.
Bo nagle widzę, jak w wielu obszarach życia dokładnie tak samo się zachowujemy.

W firmach – ludzie wchodzą do zespołów jak do car sharingu: „Potrzebuję się przemieścić z punktu A (nudy, braku kasy, bezsensu) do punktu B (komfortu, rozwoju, dobrej atmosfery)”.
Oczekuję, że ktoś zadba o zapach, stan tapicerki i płyn hamulcowy — ktoś powinien, ale przecież nie ja. Jestem tu tylko dla zarobku, pozycji, kolejnego punktu w ścieżce kariery.
Oni tylko „jadą”. Dojadą i wysiądą.
A potem wystawią ocenę.
Czasem publiczną.
Czasem pasywnie agresywną.

W relacjach — podobnie.
Potrzebujemy ciepła, kontaktu, wzajemności. Ale bycie w relacji… stworzenie związku?
Odpowiedzialność za wpływ na nastrój drugiej osoby? Za to, co wnoszę i zostawiam?
Za emocjonalny bałagan, który zostaje po mnie w cudzym życiu?
„Nie moje.” Ja tylko korzystam z tego czego potrzebuję – reszta niech się zajmie właściciel, to jego sprawa i obowiązek.

W związkach rodzinnych — jeszcze mocniej.
Wrzucam swoje emocje, potrzeby, frustracje. Nie sprzątam.
Bo przecież to rodzina, to oni powinni rozumieć.
Albo jeszcze lepiej: to nie działa, to nie mój klimat, ja się tu tylko urodziłam.

A pokolenie X albo lepiej Z?
Owszem — wymagające, wrażliwe, inteligentne.
Ale też często wychowane w systemie natychmiastowej dostępności i braku odpowiedzialności za utrzymanie struktury.
Nie chcą budować systemu — chcą, żeby działał.
Żeby był miły.
Żeby się nie psuł.
Żeby przewoził wygodnie.
Ale jak się coś rozleje? To nie moje.
To ktoś inny ma posprzątać.

I ja nie piszę tego z wyższością.
Bo właśnie wynajęłam auto i też nic nie zrobiłam.
Nie posprzątałam.
Nie zostawiłam go w lepszym stanie (no może poza przetartą wewnątrz szybą, wytartą kierownicą i kilkoma innymi detalami, choć to też tylko dla własnego bezpieczeństwa).
Po prostu załatwiłam swoją potrzebę i zostawiłam „brudasa” pod sklepem, który miał najbliższy parking.
Bo miałam inne sprawy.
Bo to już tak było jak wsiadałam; „to nie moje” brudy, śmieci, powody, przyczyny, itd…
I może właśnie to najbardziej mnie dziś uwiera.
Nie to, że ludzie zostawiają po sobie bałagan.
Tylko że coraz mniej ludzi chce być właścicielem czegokolwiek
– emocji, relacji, przestrzeni, decyzji.
Wolimy oceniać jakość przejazdu niż zadbać o jakość jazdy.
A przecież… to od tego drugiego świat naprawdę się zmienia.

Widzimy to wokół, z łatwością przychodzi nam też przypiąć komuś odpowiedzialność!

Zaryzykuje i zapytam: w ilu sytuacjach (w życiu) jesteś tylko użytkownikiem❓

Może nie zawsze możemy być właścicielami wszystkiego.
Ale możemy przestać udawać, że to, co zostawiamy po sobie, to „nie nasza sprawa”.
Może właśnie dziś warto zadać sobie to jedno, proste pytanie:
Gdzie jeszcze zachowuję się jak użytkownik, choć czas już dorosnąć do roli współtwórcy?

Jeśli ten tekst poruszył coś w Tobie – daj znać.
Z przyjemnością przeczytam Twój komentarz lub wiadomość.